| Wywiad z Jerzym Konikowskim |
|
|
|
| Wywiad - Zawodnicy | |||
| Wpisany przez Albert Jakubiak | |||
| poniedziałek, 18 maja 2009 11:35 | |||
|
- Jak wyglądały Pana początki z królewską grą? Z pewnością czasy w których Pan się wychowywał nie należały do najłatwiejszych, brakowało trenerów a mimo wszystko zdołał Pan się rozwijać. Proszę o dłuższą wypowiedź. - W szachy nauczyłem się grać dość przypadkowo w lutym 1961 roku. W marcu – za namową kolegi – wziąłem udział w mistrzostwach szkoły podstawowej. Mieszkałem wówczas w Bydgoszczy. W tym czasie miałem inne zainteresowania: była to koszykówka i piłka nożna. Ale szachy bardzo mnie zaintrygowały. Była w nich jakaś magiczna moc. Postanowiłem poświęcić grze więcej uwagi. Dzięki książce Tadeusza Czarneckiego „Nauka gry w szachy” zapoznałem się bliżej z teorią. Kolega szkolny zaprowadził mnie pewnego razu do byłej siedziby klubu szachowego „Budowlani”. Tam grano raz w tygodniu w szachy. To właśnie tam mogłem sprawdzać swoją – jeszcze niewielką – wiedzę szachową. Tam przeprowadzałem też swoje pierwsze eksperymenty debiutowe. To tam tak naprawdę uległem urokowi królewskiej gry, która stała się ostatecznie częścią mojego życia! Ale moja prawdziwa przygoda z szachami zaczęła się na dobre dokładnie 15 maja 1961 roku. Na słupach ogłoszeniowych w centrum miasta zobaczyłem informację o odbywających się w kawiarni Okręgowego Klubu Oficerskiego przy ulicy Dwernickiego półfinałów do mistrzostw Wojska Polskiego. W tym dniu padało. Mimo tego, pobiegłem na miejsce rozgrywek, aby zobaczyć pierwszy w moim życiu turniej szachowy. Atmosfera na sali turniejowej dosłownie mnie zafascynowała. W tym dniu zostałem członkiem klubu szachowego OKO Caissa Bydgoszcz. Zacząłem regularnie uczęszczać do klubu. Była tutaj już spora grupka młodzieży. Liderem był Jerzy Lewi – przyszły mistrz Polski juniorów i seniorów. Zdziwił mnie brak jakichkolwiek zajęć szkoleniowych, a przede wszystkim brak trenera. Jak mi wyjaśniono: na to nie ma pieniędzy. Na moją usilną prośbę zaangażowano zawodnika I kategorii Feliksa Chybickiego do prowadzenia zajęć z młodzieżą klubu. Te treningi – z uwagi na brak funduszy – nie trwały długo, ale były bardzo przydatne. Potem trenowałem już przeważnie samodzielnie, korzystając przede wszystkim z książek w języku rosyjskim. Przez jakiś czas spotykałem się z Jerzym Lewim, z którym analizowałem końcówki i rzadziej debiuty. W tamtych czasach nie było tak łatwo rozwijać swych umiejętności szachowych z uwagi na brak trenerów z prawdziwego zdarzenia. Literatura fachowa w języku polskim była bardzo uboga. - Bez wątpienia należy uznać Pana za bardzo wszechstronnego szkoleniowca, przez pewien okres trenował Pan takich szachistów jak Naiditsch czy Wojtaszek, jak Pan wspomina współpracę z wymienionymi szachistami? - Dość wcześnie zająłem się pracą trenerską. Najpierw pomagałem młodszym kolegom klubowym w rozwiązywaniu ich problemów szkoleniowych. Pożyczałem im moje notatki debiutowe, co ułatwiło im szybkie podniesienie kwalifikacji szachowych. Potem trenowałem Lidię Fentzel, która była dwukrotną mistrzynią Polski juniorek w latach 1967 i 1969, a w mistrzostwach kraju kobiet w Lublinie w 1968 roku była ósma. Wielka szkoda, że ta utalentowana szachistka - po moim wyjeździe z Bydgoszczy do Krakowa - wycofała się z aktywnej gry. W latach 1976-1977 kształciłem się na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i uzyskałem tytuł zawodowego trenera II klasy. W 1977 roku zostałem zaangażowany do szkolenia kadry juniorów w Częstochowie. Moimi podopiecznymi zostali przyszli reprezentanci kraju i olimpijczycy: Roman Tomaszewski, bracia Artur i Bogusław Sygulscy oraz Jacek Flis. Byłem praktycznie trenerem-konsultantem. Przyjeżdżałem do Częstochowy na weekendy i rozwiązywałem wszystkie problemy, które nurtowały moich podopiecznych. Dostarczałem też materiały szkoleniowe, pomagałem im w przygotowaniu repertuaru debiutowego itd. Wszyscy reprezentowali barwy klubu „Skra-Komobeks” Częstochowa. W I lidze juniorów zajmowali z reguły pierwsze miejsce i wysokie lokaty w rozgrywkach I ligi seniorów. Np. w Jaszowcu w 1980 roku ta drużyna składająca się tylko z juniorów zajęła 5 miejsce. Średnia wieku tej drużyny wynosiła 19,5 lat. W Częstochowie ceniono te sukcesy. W plebiscycie Gazety Częstochowskiej znalazłem się dwukrotnie (1979 i 1980) w piątce najlepszych trenerów w częstochowskim sporcie. W W latach 1978-1981 byłem trenerem kadry Polskiego Związku Szachowego. Na olimpiadzie szachowej na Malcie w 1980 roku kierowana przeze mnie drużyna kobieca zdobyła brązowy medal, pierwszy w powojennej historii występów na olimpiadach. Po wyjeździe do Niemiec byłem wielokrotnie angażowany przez Niemiecką Federację Szachową do różnych prac szkoleniowych. W 1997 roku trenowałem przyszłego arcymistrza Arkadija Naiditscha. Miało to być tylko kilka zajęć. Ostatecznie trwało to cały rok. Moja praca polegała przede wszystkim na opracowywaniu i następnie szlifowaniu repertuaru debiutowego, który odpowiadałby stylowi Arkadija. Od kilku lat Naiditsch jest najsilniejszym szachistą Niemiec. Na ostatniej liście rankingowej osiągnął wynik 2700 punkty. W 2005 roku Arkadij wygrał superturniej w Dortmundzie. Było mi bardzo miło, gdy na zakończeniu turnieju podszedł do mnie jego ojciec i w obecności kilku osób, w tym Andrzeja Filipowicza, podziękował mi ze słowami: „Pan ma też swój udział w tym sukcesie”. Przez 15 lat byłem trenerem kadry młodzieżowej Północnej Nadrenii-Westfalii. Z tej grupy dwóch zawodników reprezentowało Niemcy na olimpiadach szachowych. Obecnie trenuję reprezentację szachistów głuchoniemych. Posiadam trenerską A-licencję, najwyższą w Niemczech. - W latach 80-tych wyemigrował Pan do Niemiec, jak Pan porównuje oba Państwa jeśli chodzi o szachy, czy dzieli nas ogromna "przepaść"? - Gdy mieszkałem w Polsce, najważniejszą imprezą szachową był Memoriał Akiby Rubinsteina, rozgrywany przez wiele lat rokrocznie w Polanicy Zdroju. Każdy turniej był świetnie zorganizowany i obsada była zawsze atrakcyjna. W 1965 roku w trakcie Memoriału odbywały się mistrzostwa Polski juniorów, w których sam grałem. Miałem okazję po raz pierwszy w życiu oglądać pojedynki świetnych szachistów, w tym byłego mistrza świata Smysłowa. Nawet raz demonstrowałem na szachownicy pokazowej w trakcie jednej rundy pojedynek Śliwa-Smysłow. Partia ta potem została uznana za najlepszą w turnieju. To było duże przeżycie dla mnie. Nie ulega żadnej wątpliwości, że turnieje w Polanicy-Zdroju były wizytówką doskonałej polskiej organizacji. - Jest Pan autorem wielu książek i publikacji, może Pan opowiedzieć o swojej przygodzie w roli publicysty? - Jest takie powiedzenie: „Reklama jest dźwignią handlu”. Może wcześniej zainteresowałbym się szachami, gdyby w prasie bydgoskiej były publikowane informacje o imprezach szachowych. Dopiero – jak już wcześniej wspomniałem - plakat o pewnej imprezie uświadomił mnie, że są jakieś turnieje szachowe. Propagowanie szachów w środkach masowej informacji ma wielkie znaczenie, bo to może przyciągnąć do naszej dyscypliny wielu nowych sympatyków. Podobnie organizowanie ważnych imprez w dużych miastach daje propagandowo więcej, niż w jakiś małych mieścinach. Na pytanie: „Ile opublikowałeś artykułów” nie jestem w stanie na to odpowiedzieć. Jest tego bardzo dużo i nie mam czasu ich liczyć. Natomiast łatwość komentowania partii i pisania tekstów szachowych jest wynikiem moich wieloletnich studiów nad szachami, praktycznie od 1961 roku. Już jako początkujący szachista sam skomentowałem 300 partii Alechina i potem porównałem moją pracę z objaśnieniami samego mistrza świata w książce „300 wybranych partii Alechina” (Moskwa 1954). Moje uwagi nie były złe i to było motywacją do dalszych ćwiczeń w tym kierunku. Zresztą na bazie twórczości tego znakomitego arcymistrza uczyłem się strategii i taktyki szachów. Kilka lat temu poznałem w czasie turnieju w Dortmundzie jedynego syna Alechina Aleksandra. Opowiedziałem mu o roli jego ojca w ukształtowaniu mnie jako szachisty. Na koniec oznajmiłem mu: „Powinien pan być dumny ze swego ojca, to był genialny szachista”. Zauważyłem wzruszenie na jego twarzy. Aleksander sam nigdy nie grał w szachy. - Kompozycją szachową zająłem się bardzo wcześnie. Już w wieku 15 lat zadebiutowałem dwuchodówką w miesięczniku „Szachy”. Wyczułem w tej dziedzinie królewskiej gry wiele piękna. Kompozycja mnie tak zafascynowała, że w pewnym momencie chciałem nawet jej się całkowicie poświęcić. Zacząłem studiować zadania i studia. Startowałem w wielu konkursach międzynarodowych i uzyskiwałem sukcesy. Jako problemista opublikowałem około 400 zadań, z czego przeszło 100 zostało wyróżnionych. W Albumach FIDE (zbiorach najlepszych zadań świata) znalazło się moich 8 utworów. Zajmowałem wysokie lokaty w Mistrzostwach Polski w kompozycji. Ostatecznie zostałem jednak przy praktycznej grze, ale wysoko oceniam walory problemistyki w kształceniu szachisty. Nie zgadzam się z ogólną opinią, że kompozycja jest dziedziną odrębną i nie mającą nic wspólnego z praktyczną grą. Tymczasem rozwiązywanie i analizowanie zadań szachowych może przynieść szachistom-praktykom dużą korzyść, jak ćwiczenie techniki liczenia wariantów, rozwinięcie tzw. zmysłu kombinacyjnego oraz kształcenie zdolności technicznych, co jest szczególnie przydatne w trakcie rozgrywania końcówek. Swoje doświadczenia na tym polu opisałem w książce „Kompozycja w treningu szachisty”, która ukazała się w wydawnictwie Penelopy w 2004 roku. Polecam ją ambitnym szachistom i trenerom. - W minionym roku odbył się w Niemczech mecz o tytuł Mistrza Świata pomiędzy Anandem i Kramnikiem, czy miał Pan okazję na żywo śledzić przebieg rywalizacji? - Byłem w Bonn dwa razy. To było wielkie i doskonale zorganizowane widowisko. Niewątpliwie była to wspaniała reklama dla szachów. Ale partie śledziłem poprzez Internet. Na sali turniejowej robiłem przede wszystkim zdjęcia i potem w biurze prasowym spotykałem kolegów, z którymi dyskutowaliśmy o różnych problemach naszego środowiska. - W dzisiejszych czasach poziom szachowy jest bardzo wyrównany, szczególnie jeśli ująć światową czołówkę, mógłby Pan wyróżnić jakiegoś szachistę bądź grupę szachistów, którzy będą wiedli prym w najbliższych latach? - Od dawna zająłem się twórczością Magnusa Carlsena. Byłem zaskoczony, że niewielka Norwegia i bez większych tradycji szachowych niespodziewanie doczekała się zawodnika wielkiego kalibru. Przestudiowałem więc jego biografię, która ukazała się po niemiecku i angielsku w Holandii. Analizuję jego pojedynki. Część ich skomentowałem i opublikowałem w różnych periodykach szachowych. Te partie ilustrują wielki talent Norwega. Wiele z nich to prawdziwe perełki, które będą jeszcze długo ozdobą publikacji szachowych na całym świecie. - W ostatnich latach w Polsce pojawiło się wiele nowych talentów. Których szachistów z Polski ceni Pan najbardziej? - Polskie szachy już dawna mogą się poszczycić wieloma talentami, które zdobywają medale na mistrzostwach Europy i świata. Potem giną w tłumie lub po prostu odchodzą od aktywnej gry. Ostatnio zająłem się przede wszystkim twórczością Dariusza Świercza. Przeanalizowałem wiele jego partii. Ma on na pewno duże zdolności do gry w szachy. Mam jednak wrażenie, że ten talent nie rozwija się tak, jak można by tego oczekiwać. Nie wiem, czy Darek pracuje z jakimś trenerem. Jeśli nie, to powinien jak najszybciej postarać się o dobrego fachowca, z którym by udoskonalił przede wszystkim swój repertuar debiutowy. To jest teraz w jego fazie rozwojowej najważniejszy problem do rozwiązania. Darek powinien być objęty szczególną opieką ze strony Polskiego Związku Szachowego, ponieważ jest on nadzieją polskich szachów. Byłem rozczarowany, gdy Świercz nie znalazł się w ekipie olimpijskiej w Dreźnie. Darek powinien już poznawać wielkie szachy. Uważam, że polityka sportowa Polskiego Związku Szachowego pod tym względem jest błędna. Ostatnio duże postępy uczynił Kacper Piorun. Moim zdaniem powinno powołać się do życia kadrę młodzieżową i zapewnić jej stałą opiekę trenerską. Kadra seniorów nie potrzebuje trenera kadry. Natomiast młodzież na pewno by dużo z takiej pomocy skorzystała. Ale to musi być trener z autorytetem i dużą wiedzą teoretyczną. Uważam, że w Polsce tylko Michał Krasenkow nadaje się na to stanowisko. Jest on autorem wielu doskonałych opracowań na temat teorii debiutów. Jest więc jedyną - według mnie - osobą, która jest w stanie pomóc naszym talentom w opracowaniu optymalnego repertuaru debiutowego. - Z pewnością posiada Pan inne zainteresowania aniżeli szachy, proszę o przedstawienie. - Tylko w latach 1978-81 byłem trenerem zawodowym, kiedy pracowałem w Polskim Związku Szachowym. Od 1982 roku pracuję na Uniwersytecie w Dortmundzie. Tak więc szachy są moim hobby. Ale mam jeszcze inne zainteresowania. W wolnych chwilach chętnie czytam książki o charakterze historycznym. Na przykład ostatnio zajęty byłem lekturą znakomitej pracy Ludwika Stommy „Skandale polskie”. Dla ciekawości podam, że jeden rozdział „Cisi i gęgacze, czyli zamieszanie wokół pewnej opery” jest poświęcony szachiście Januszowi Szpotańskiemu. Oczywiście na bieżąco czytam codzienną prasę niemiecką i dwa polskie pisma wychodzące co tydzień w Niemczech. Oglądam regularnie wiadomości telewizyjne po niemiecku i polsku. Mam dwa programy polskie: Polonię i ITVN. Chętnie słucham muzykę klasyczną i współczesną. Czytam nawet tygodniki kolorowe. Z polskich pism tego rodzaju od kilku lat prenumeruję „Życie na gorąco”. - Na zakończenie chciałbym zapytać jak Pan ocenia nową odsłonę Imperium Szachów? - Imperium Szachów w nowej formie oceniam bardzo pozytywnie. Podoba mi się też szata graficzna. Poprzednia była zbyt ciemna. Teraz aż miło się czyta zamieszczone teksty. Moje gratulacje i życzę dalszych sukcesów!
Witryna Jerzego Konikowskiego http://www.konikowski.net
|



Przedstawiam Państwu rozmowę z szachistą, publicystą i trenerem szachowym Panem Jerzym Konikowskim. Formuła wywiadu będzie jednak inna niż zazwyczaj, tym razem co pewien okres będzie się pojawiało tylko jedno pytania i odpowiedz, owa formuła zapewni dużo bardziej obszerne i interesujące odpowiedzi ze strony Pana Konikowskiego.

