|
Jakże byłem ucieszony, gdy moja kochana Żonka przyniosła ostatni numer „Szachisty” (8/2006) i z uśmiechem mi go wręczyła – Wreszcie ktoś napisał o tych twoich szachach korespondencyjnych. Szybko znalazłem artykuł „Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość szachów korespondencyjnych”. A trzeba wiedzieć, że jego autorem okazał się nie byle kto, a legenda polskich szachów, Pan Andrzej Filipowicz.
Kto jak kto, ale on może wiedzieć na ten temat więcej, niż każdy inny przeciętny szachista.
Tak więc pełen nadziei, że dowiem się na co poświęcam czas aktualnie i jaka czeka mnie przyszłość, rozpocząłem lekturę.
Rys historyczny, jaki został umieszczony na początku artykułu w zasadzie potwierdził moją dotychczasową wiedzę. Zaskoczyła mnie jednak wiadomość, że turnieje rozgrywano kiedyś za pomocą faksów i telefonów.
Pamiętam o meczu granym przez radio w 1945 roku pomiędzy reprezentacjami ZSRR i USA, a także o „telefonicznym” udziale R. Fischera w memoriale Capablanki w 1965 r. Jednak z pewnością wydarzeń tych jako typowych dla szachów korespondencyjnych uznać nie wypada…
Po tej historycznej wycieczce Pan Filipowicz dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami na temat wykorzystania komputerów przez szachistów korespondencyjnych.
W tej kwestii raczej życzliwie nie traktuje ani mnie, ani mych kolegów. Okazuje się, że sprawa polega na włączeniu tylu, ile się tylko da programów na moim biednym, starym komputerku i udaniem się do pracy. Po kilku godzinach maszynka wypluje super wariant i już mamy punkt w tabelce. Tylko jak wygrywać, jeśli na moim staruszku można uruchomić tylko jeden programik, a przeciwnicy mają do dyspozycji najnowsze modele IBM-ów?
A co można powiedzieć o tych moich znajomych, którzy posiadają komputer umożliwiający jedynie kontakt internetowy i mimo wszystko należą do czołówki krajowej, a nawet światowej? O żadnych nocnych czy dziennych analizach, Frycach, Juniorach nie ma mowy… A może oni po prostu myślą?
Jednak, przynajmniej według Pana Filipowicza, ta funkcja najwyraźniej u szachistów korespondencyjnych zanikła wraz z pojawieniem się pierwszego modelu komputera o numerze 286.
Lekką ulgę odczułem dopiero czytając inny artykuł tegoż autora (w tym samym numerze), w którym sugeruje, że niejaki Topałow także zachowuje się jak przeciętny gracz korespondencyjny i nierzadko słucha rad krzemowego kumpla.
No cóż, przyszłość szachów korespondencyjnych, jaką prorokuje autor, do świetlistych nie należy. Nie ma już szans na sportową rywalizację, umysłową rozrywkę, wytchnienie po pracy.
Moja rola zaś, to w najlepszym razie „obsługiwacz komputera”. No cóż, chyba dojrzałem do zakupu Quake`a.
Pozdrawiam z łzą w oku
Tomasz Makowski www.szachykorespondencyjne.mzszach.net
|