niedziela, 1 sierpnia 2010
Home Wywiady Wywiad z Andrzejem Filipowiczem
Wywiad z Andrzejem Filipowiczem PDF Drukuj Email
Wywiad - Zawodnicy
Wpisany przez Albert Jakubiak   
czwartek, 04 czerwca 2009 15:59

filipowiczPrzedstawiam Państwu rozmowę z dr Andrzejem Filipowiczem, polskim szachistą, sędzią klasy międzynarodowej, dziennikarzem i działaczem szachowym.

 


- Jest Pan z pewnością najbardziej cenionym arbitrem szachowym w Polsce i jednym z czołowych na świecie. Jak Pan wspomina najbardziej prestiżowe pojedynki bądź turnieje, które Pan sędziował?

- Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bowiem sędziowałem wiele meczów i turniejów o mistrzostwo świata (cztery mecze o MŚ mężczyzn i kobiet, MŚ kobiet, dwukrotnie MŚ do 20 lat, MŚ weteranów, MŚ 10-18 lat,  trzykrotnie MŚ w blitzach oraz  trzykrotnie mecze pretendentów FIDE i PCA), a także o mistrzostwa Europy (kobiet i dwukrotnie juniorów do 16 i 18 lat) i nawet mistrzostwa Afryki (mężczyzn i kobiet) w Kairze w 2001 roku. Największa odpowiedzialność spadała na mnie przy prowadzeniu meczów  o mistrzostwo świata Kasparow – Kramnik w Londynie  w 2000 roku, Kramnik – Leko w Brissago w 2004 roku oraz Karpow – Anand w Lozannie w 1998 roku oraz Xie Jun – Galamowa w Kazaniu (Rosja) i Shenjangu (Chiny) w 1999 r. W tych dwóch pojedynkach byłem zastępcą sędziego głównego, ale niemniej jednak tak się złożyło, że musiałem podejmować ważne decyzje.

 

alt

(Galamowa, Filipowicz, Xie Jun, Kazan 1999)

 

W 1994 roku sędziując w Moskwie po raz pierwszy Puchar Intela w szachach szybkich (dwie partie P-25’ i baraż 5’-4’) pod nazwą „Kremlowskie Gwiazdy”, z udziałem 16 najsilniejszych szachistów świata ustaliłem z ówczesnym szefem PCA (Professional Chess Association) Bobem Rice’m, że każdą decyzję podejmę w pół minuty i będzie ona ostateczna (!!), nie podlegając weryfikacji Komitetu Apelacyjnego. Jeżeli będzie zła, to dalej nie sędziuję – prosta reguła i niezwykle trudna. Przestrzegam ją 15 lat i to z powodzeniem, gdyż tej regule zawdzięczam, że dwa pokolenia czołówki światowej (odchodzące i wschodzące!) mają do mnie zaufanie. Później sędziowałem jeszcze kolejnych pięć Pucharów Intela w Moskwie, Paryżu i Genewie w latach 1994-1996.

 

alt

(Filipowicz, Gulko, Kasparow, Megeve Elim Intel 1994)


Szczególnie trudne było sędziowanie Kasparowowi, który moim zdaniem, chyba jako jedyny w elicie światowej, znakomicie orientował się we wszystkich przepisach i ich niuansach. Doskonale wiedział, że np. w pozycji Hetman i 3 pionki przeciwko Hetmanowi i dwóm pionkom na jednym skrzydle (na dwóch skrzydłach już nie!) może zażądać remisu nawet mając jedną sekundę i grał na wygraną do ostatnich sekund, wszystko kontrolując.

Z kolei w meczu londyńskim w 2000 roku powstał przykładowo problem logo najważniejszego sponsora, które nie dotarło na czas. Szefowa Komitetu Organizacyjnego prosiła mnie o opóźnienie rozpoczęcia pierwszej partii. Pertraktacje trwały długo, ale nie zgodziłem się, a jednym z argumentów, które użyłem było stwierdzenie, że w Polsce mamy dobrą opinię o punktualności i dokładności Anglików i nie chciałbym odnieść innego wrażenia. Dałem zresztą organizatorom szansę na dłuższe przedstawianie zawodników, ale jej nie wykorzystali w wystarczającym stopniu i rozpocząłem mecz bez właściwego logo sponsora. Dotarło dopiero w trakcie partii – zgodziłem się na dostawienie!

Kasparow w trakcie jednej z partii zażądał dodania mu dwóch minut, bo ruch wykonany na szachownicy nie pojawił się na elektronicznej desce w jego pokoju i musiałem mu o tym powiedzieć. Powiedziałem, że dodam mu minutę, ale potem po stwierdzeniu, że cała sprawa zajęła 1 minutę i 32 sekundy (pisałem czas po każdym posunięciu) dodałem mu 2 minuty. Po meczu rozmawiałem na temat decyzji z Kramnikiem. Władimir twierdził, że w takim przypadku nigdy by nie domagał się dwóch minut, ale przekonałem go i jego sekundanta Joela Lautier  argumentem, że jest młodszy od Kasparowa o ponad 10 lat i gdy osiągnie wiek Kasparowa, to będzie bardziej cenił dwie minuty.

 

alt

(Kasparow, Filipowicz)

 

Dla ułatwienia podejmowania decyzji zawsze spotykam się z zawodnikami na Konferencji Technicznej, gdzie niezależnie od objaśnienia regulaminu itp., przedstawiam im swój punkt widzenia na różne przepisy i moją interpretację. Prowadzę takie spotkania równolegle w językach angielskim i rosyjskim, nie unikając odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, wyjaśniając niekiedy, że nie jestem w stanie rozwiązać wszystkich skomplikowanych problemów wynikających z szachów i ich przepisów. Szczególnie istotne spotkania miały miejsce na mistrzostwach świata w grze błyskawicznej w latach 2006-2008 w Izraelu, Rosji i Kazachstanie – tam zawodnicy wykazali się wielką pomysłowością w stawianiu problemów nie do rozwiązania.

W trakcie gry też były różne sytuacje. Na MŚ w blitzach w Moskwie 2007 roku Karpow twierdził, że zegar dodaje mu tylko jedną sekundę (zamiast dwóch) – grano tempem 4 minuty + 2 sekundy na ruch. Nie wypadało mu objaśnić, że w jego wieku ruch ręki jest wolniejszy i w tym czasie znikają mu ułamki sekund i widzi inny obraz na monitorze zegara. Więc powiedziałem, że będę stał przy jego partii i kontrolował zegar. Przez dwie rundy „pilnowałem” zegara, chociaż w blitzach staram się sam nastawić wszystkie zegary, a przynajmniej je osobiście skontrolować. Jeśli muszę podejmować decyzje w sprawie pozycji, to przez wiele dni przed turniejem przypominam sobie końcówki, kartkując odpowiednie książki. Zawsze też przed każdym turniejem czytam dokładnie przepisy, przeważnie w wersji angielskiej.

W kobiecym meczu w Chinach pojawiła się nagle mysz pod stolikiem i główny sędzia Ignatiuk Leong podszedł do mnie z pytaniem – „co robić!”. Bo jak ją zobaczą zawodniczki, to mogą z krzykiem przerwać grę. Poradziłem mu, aby wpatrywał się w myszkę intensywnie. Silny wzrok sędziego głównego powinien zmusić myszkę do odejścia i rzeczywiście myszka  zniknęła, bez incydentu.

Moim zdaniem sędzia główny w okresie turnieju musi zajmować się obok sędziowania wieloma problemami porządkowymi i administracyjnymi. Musi kierować turniejem, zespołem arbitrów itp. Nigdy nie może uskarżać się na trudne warunki i sędziów asystentów. Jeżeli uważa, że nie podoła nie powinien przyjmować tej funkcji!

Przykładowo wraz z sędzią głównym Gijsenem na meczu o MŚ w Lozannie w 1998 roku, w siedzibie MKOl, już w obecności wielu kibiców, położyliśmy duży fotel na podłodze, wykręciliśmy nogi i wymieniliśmy go na inny, bo Karpowowi ustawiono niewłaściwy fotel. Był tym zdziwiony nawet Juan Antonio Samaranch, który miał „pretensje”, że nie poprosiliśmy obsługi, ale my w „niedoczasie”, tuż przed partią woleliśmy działać sami.

Niezapomniane przeżycia miałem w mistrzostwach Afryki z udziałem reprezentantów 20 krajów. Tam po raz pierwszy musiałem współdziałać z sędziami z Egiptu. Wymyśliłem dla nich kilka przekonujących argumentów. Na zebraniu sędziów powiedziałem, że najważniejszą czynnością sędziów jest picie kawy w trakcie rundy, aby zachować gotowość do podejmowania trudnych decyzji. Ale dla ułatwienia tych decyzji trzeba przez całą rundę, w przerwach między piciem kawy, przechadzać się pomiędzy stolikami i obserwować zachowanie graczy. Ustaliłem, że dwóch pije kawę, a dwóch spaceruje i po każdej rundzie gratulowałem im sukcesów czyli braku problemów do rozwiązania. Bardzo im się to spodobało i nawet zaprosili mnie raz nocą, gdzieś o 2-giej w nocy na souk (rynek), gdzie przez dwie godziny piliśmy kawę i sok z mango, a oni dodatkowo palili nargile.

 

- W 1971 r. wywalczył Pan brązowy medal Mistrzostw Polski Mężczyzn, czy może Pan porównać  atmosferę oraz organizację Finałów MP panującą w tamtych czasach do dzisiejszych rozgrywek?

- Miałem przyjemność grać w 18 finałach mistrzostw Polski mężczyzn w latach 1959-1980, ale nigdy nie stanąłem na najwyższym podium, chociaż dziewięciokrotnie byłem w pierwszej szóstce, a trzykrotnie dzieliłem trzecie miejsce. Dwukrotnie prowadziłem i to zdecydowanie przed finiszowymi rundami, ale tylko raz zdobyłem brązowy medal w Poznaniu w 1971 roku. Turnieje o MP trwały wówczas niezwykle długo. Przeważnie grało 16 zawodników, ale były finały z udziałem 18 zawodników. Graliśmy trzy rundy (tempo 40 pos./2,5 godz., po czym dogrywki aż do skutku tempem 16 pos./godz.), dzień na dogrywki (maksimum 6 godzin), trzy rundy, dzień na dogrywki, dzień wolny itd. 17 rund, z dniem dojazdu i odjazdu zajmowało 25-27 dni. Do roku 1976 palono papierosy i na sali było pełno dymu. Sale były z reguły wypełnione kibicami, którzy okrążali stoliki, nawet jak partie były demonstrowane. Niekiedy grywaliśmy na scenie, co utrudniało kibicom zbliżanie się do stolików. Na turnieje przyjeżdżało się z walizkami książek, głównie na temat debiutów i końcówek, bowiem trzeba było je sprawdzać szczególnie przy analizach odłożonych partii. Analizy trwały całymi godzinami, często nocami, szczególnie gdy zmieniono system dogrywek i grano je rano przed rundą – dogrywki godz. 10-12, partie zwykle 16-21. Niektórzy nawet zasypiali w trakcie dogrywek i bywały anegdotyczne przypadki, że nawet przekraczali czas, bo przeciwnik nie budził. W analizach pomagali często koledzy zainteresowani wynikiem partii. Pomagano też w przygotowaniach do partii szczególnie słabszym zawodnikom, aby urwali punkty rywalom.

W tak długich turniejach trzeba było zapełniać czas wolny. M.in. grywaliśmy w brydża całymi godzinami, czasem w pokera. Czytaliśmy, rozwiązywaliśmy krzyżówki, zwiedzaliśmy miasta, muzea, opowiadaliśmy i słuchaliśmy różnych historii turniejowych, wspominaliśmy wybitnych szachistów czy anegdoty. Były też obowiązkowe wycieczki do znanych miejsc turystycznych, wizyty u miejscowych dostojników czy w zakładach pracy. Wszystko toczyło się znacznie wolniej, niż we współczesnych szachach. Wiele czasu, całe godziny spędzaliśmy na analizowaniu partii swoich i przeciwników, a niektórzy zapisywali analizy. Grywaliśmy też niezliczone blitze, czasem całymi nocami i w wolnych dniach. Niekiedy na stawki.

 

alt

(Filipowicz, Spasski, Szczerbakov Ruslan)

 

- W 2006r. otrzymał Pan tytuł honorowego członka FIDE, jak Pan ocenia swoją współpracę z FIDE na podstawie całej kariery szachowej?


- W pewnym momencie kariery szachowej zdecydowałem się, że zostanę działaczem szachowym. Działałem w klubie „Legion” Warszawa, potem w Stołecznym Związku Szachowym, jako wiceprezes i kapitan sportowy, następnie w Komisji Sportowej PZSzach, jako członek, potem przewodniczący. Wreszcie w 1978 roku zostałem wiceprezesem PZSzach i tę funkcję z przerwami pełnię do dzisiaj.  Wprowadzając polski ranking w 1968 roku razem ze Stefanem Fursem zainteresowałem się międzynarodowym rankingiem i klasyfikacją i zacząłem prowadzić korespondencję z działaczami szachowymi różnych krajów. W 1978 roku na olimpiadzie w Buenos Aires byłem kapitanem i trenerem kobiecej i męskiej reprezentacji i brałem też udział w Kongresie FIDE. Wtedy kierownik ekipy Stanisław Kania zaproponował mnie do Komisji Klasyfikacyjnej FIDE – sekretarz Komisji Prof. Arpad Elo przeprowadził tradycyjny egzamin. Sprowadził się on praktycznie do dwóch pytań – zawód inżyniera i założenie polskiego rankingu wystarczyły do zaakceptowania mnie nie tylko do Komisji Kwalifikacyjnej, ale nawet do tzw. „Podkomisji Technicznej”, w której wspólnie z Arpadem Elo, Lim Kok Anem z Singapuru i Andrzejem Malczewem z Bułgarii pracowałem przez osiem lat nad ulepszaniem systemu rankingowego i nadawania tytułów. W 1986 roku prof. Elo zaproponował mnie na szefa Komisji Klasyfikacyjnej, ale wymagało to trybu wyborczego. Kongres FIDE wybrał mnie – otrzymałem 68 głosów, podczas gdy kontrkandydaci otrzymali poniżej 30 głosów.  Wtedy pozycja szefa Komisji Kwalifikacyjnej obejmującej też kwestie sędziowskie i klasyfikacyjne oraz regulaminy odpowiadała mniej więcej czwartej – piątej pozycji w hierarchii FIDE. Cztery lat wcześniej w Lucernie, w 1982 roku, wygrałem wybory to tzw. Komitetu Centralnego FIDE. Jako jedyny z kilkunastu kandydatów na osiem miejsc otrzymałem w pierwszej turze ponad 50%, a pozostali walczyli w drugiej turze. Komitet Centralny swą ranga odpowiadał wtedy Obecnej Radzie Prezydenckiej FIDE i liczył mniej około 15-20 osób.

Jako szef Komisji Kwalifikacyjnej w latach 1986-1990 dokonałem, przy współpracy ze Stewartem Rubenem, rozdzielenia przepisów rankingowych i nadawania tytułów w 1989 roku i te przepisy obowiązywały do 2000 roku. Opracowałem też wspólnie z innymi działaczami przepisy i zasady gry szybkiej. Ostatnio, w 2008 roku, opracowałem nowe przepisy FIDE dotyczące MŚ w grze błyskawicznej i szybkiej. W ramach swojej kadencji dopilnowałem stworzenia regulaminu i utworzyłem Komisję Sędziowską FIDE w 1990 roku. Pełniłem też trzykrotnie (od 1990 roku) funkcję Prezydenta Strefy Wschodnio-Europejskiej FIDE – pełnię ją nadal, ale ma ona teraz znacznie mniejsze znaczenie, niż w latach 90-ych, kiedy prezydenci decydowali o wielu sprawach w strefie, a szczególnie o turniejach strefowych.

Praca dla FIDE, która trwa nadal i nadal jest niezwykle intensywna, sprawiała i sprawia mi wiele satysfakcji, chociaż w 1990 roku przegrałem wybory na Sekretarza Generalnego FIDE, w którym startowałem razem z Romanem Toranem z Hiszpanii, Tudelą z Wenezueli, Baumgartnerem ze Szwajcarii na tzw. wyborczym bilecie prezydenckim. Teraz od 2006 roku  pełnię funkcję Przewodniczącego Komisji Technicznej FIDE. W mojej Komisji członkami są prawie wszyscy przewodniczący innych Komisji FIDE, co automatycznie określa rangę i szeroki obszar działalności w zakresie opiniowania regulaminów, systemów rozgrywek, nowego sprzętu i wielu innych spraw. Po blisko 30 latach działalności w 2006 roku otrzymałem zaszczytny tytuł Honorowego Członka FIDE – poprzedni otrzymał Dawid Przepiórka 70 lat wcześniej w 1936 roku.

FIDE zrzesza 166 federacji o bardzo zróżnicowanych poglądach społecznych, politycznych, religijnych itp. Wymagana jest niesłychana ostrożność i umiejętność współdziałania, aby nie tworzyć nowych barier, bo FIDE i tak ma trudności z usuwaniem likwidacji barier wywołanych politycznymi sytuacjami wielu państw. Wszystko musi się toczyć w myśl zasady Gens una sumus, chociaż jak wiadomo w wielu rodzinach też są podziały.

 

- W ostatnim czasie w Polsce pojawiło się wielu utalentowanych graczy, jak w Pana wizerunku wygląda przyszłość m.in. Dariusza Świercza, Marcela Kanarka czy Kacpra Pioruna?


- Wymieniona przez Pan trójka, to bez wątpienia wielkie talenty, chociaż moim zdaniem pomiędzy nimi już są znaczne różnice. Zdecydowanie najsilniejszy jest Dariusz, na drugim miejscu ze znacznym odstępem jest Kacper i jeszcze dalej odstaje Marcel. Dariusz ma już klasę gry, charakter do walki i dobre wyczucie pozycji. Kacper gra niesłychanie ryzykownie, często zbyt ryzykownie – może wygrać z najlepszymi, ale może ponieść też serię porażek. To najbardziej bojowy zawodnik młodego pokolenia. Marcel ma najmniejsze doświadczenie w walce z liczącymi się zawodnikami. Ma siłę ciosu, ale pewne braki w dokładności.

 

- Bez wątpienia ma Pan swojego ulubionego szachistę, moglibyśmy się dowiedzieć kto nim jest?

- Moim ulubionym szachistą był Michaił Tal, z którym miałem przyjemność analizować wiele partii i to całymi godzinami, rozegrać jedną partię turniejową i zremisować ją (w 1974 roku), chociaż byłem bliski zwycięstwa. Rozegrałem też wiele blitzów, ale bez sukcesów. Tal stworzył nową erę w szachach, udowadniając w latach 50-ych i 60-ych, że szachom daleko do „śmierci remisowej”.  Zawsze uważałem, że on najbardziej zasługuję na słowo „geniusz”.


- Od wielu lat jest pan redaktorem naczelnym Magazynu Szachista, czy podoba się Panu rola dziennikarza?

- W 1986 roku pojawiła się szansa objęcia stanowiska redaktora naczelnego miesięcznika „Szachy”, który był wydawany od 1946 roku. Wtedy odszedłem z Politechniki Warszawskiej po 25 latach pracy naukowej i dydaktycznej i zająłem się dziennikarstwem szachowym. Przemiany polityczne w 1989 roku spowodowały upadek miesięcznika „Szachy” i kilka miesięcy później utworzyłem „Szachistę” od 1 stycznia 1990 roku w wydawnictwie Respublica Press”. Po zmiennych kolejach losu „Szachista” dotrwał do lipca 2002, bo wydawca praktycznie zbankrutował. Kilka miesięcy później w styczniu 2003 roku powstał miesięcznik „Magazyn Szachista”, wydawany przez Warszawską Szkołę Reklamy. Niestety środki są niewielkie i siłą rzeczy praktycznie sam muszę zapełniać szpalty miesięcznika, a na dobitek go składam, wstawiam zdjęcia itp. Tylko okładki nie należą do mnie. W gruncie rzeczy pisanie artykułów i uwag do partii (nie mylić z komentarzami!) sprawiają mi przyjemność, chociaż w tym przypadku pracy mam zbyt wiele.

- W 1971r. oprócz brązowego medalu zdołał Pan uzyskać tytuł doktora nauk technicznych na Politechnice Warszawskiej, co z pewnością świadczy o bardzo porządnych predyspozycjach z przedmiotów ścisłych, proszę opowiedzieć o Pańskich latach studenckich.

- W latach studenckich musiałem zorganizować specjalną grupę złożoną z pięciu osób, która ze sobą ściśle współpracowała, aby móc wyjeżdżać na turnieje trwające przeciętnie po półtora miesiąca w semestrze. Po powrocie z turniejów odrabiałem wszystkie zaległości i nadrabiałem co mogłem, zastępowałem kolegów w chodzeniu na wykłady itp. Zdołałem przekonać kolejnych dziekanów do popierania moich startów.

Ten sam mechanizm stosowałem, gdy obejmowałem stanowiska asystenta, starszego asystenta i adiunkta w Katedrze Konstrukcji Metalowych. Przygotowałem wykłady i ćwiczenia w maszynopisie i na slajdach. Gdy wyjeżdżałem zastępowali mnie koledzy, a ja potem wyręczałem ich w ich zajęciach. Pracę doktorska pisałem w trakcie MP w Piotrkowie Trybunalskim w 1970 roku (dzieliłem 3 miejsce), po dwie-trzy godziny dziennie na temat wymiarowania konstrukcji aluminiowych. Badania doświadczalne miałem już wtedy wykonane. Mam w dorobku pięć książek z dziedziny konstrukcji stalowych (ze współautorami) i około 50 artykułów w prasie technicznej. Byłem organizatorem i sekretarzem naukowym międzynarodowej Konferencji Konstrukcje Metalowe w 1973 roku, kierowałem też problemami węzłowymi z tej dziedziny w pięciu Politechnikach w latach 1970-1975. Bardzo lubiłem pracę dydaktyczną, która ostatnio przydała mi się na trzech seminariach sędziowskich, które ostatnio miałem w krajach Azji. Wykłady z nowych przepisów trwały po 14 godzin, ale nie byłem zmęczony, bo miałem wieloletnią praktykę

- Uważa Pan, że ponowne wprowadzenia matematyki do obowiązkowych przedmiotów maturalnych należy do prawidłowych rozwiązań?

- Matematyka, podobnie jak szachy, uczy wielu rzeczy niezbędnych w codziennym życiu – dokładności, sumienności, umiejętności oszacowania błędu, także w postępowaniu, logiki myślenia i nie pozwala na bujanie w obłokach. W matematyce nie opowiada się bajek politycznych, tylko trzeba poruszać się w strefie określonych liczb i konkretnych wyników, co sprowadza na ziemię wielu ludzi bujających w obłokach. Naturalnie powinna być na maturze. 

- W przeciągu całej kariery szachowej odwiedził Pan wiele zakątków świata, które z Państw szczególnie przypadło Panu do gustu?

- Tylko dzięki szachom, bo z Politechniki nigdzie nie wyjechałem, zwiedziłem cały świat, poznałem wiele narodów i rozmawiałem z setkami ludzi o ich przekonaniach oraz rzeczywistej sytuacji w ich krajach. Odbiega ona znacznie od obrazów sugerowanych nam przez świat polityki czy media. O ile pozwalał mi czas to zwiedzałem muzea i zabytki. 

Z punktu widzenia szachów jestem pewnego rodzaju rekordzistą. Mianowicie byłem we wszystkich miastach, w których kiedykolwiek odbywały się szachowe olimpiady, poczynając od pierwszej nieoficjalnej olimpiady w Paryżu, w 1924 roku, a kończąc na Dreźnie w 2008 roku. Zawsze jest wyjątek – brakuje mi jednego miasta Folkstone w Anglii, w którym rozegrano olimpiadę w 1933 roku.

Miałem o tyle ułatwione zadanie, bo uczestniczyłem w 21 olimpiadach w latach 1960-2008 i w 28 kongresach FIDE w latach 1977-2008. Nie mam swojego ulubionego miasta czy kraju, ale bardzo lubiłem zawsze jeździć do Paryża, słuchać piosenek francuskich i języka francuskiego, którym w dawnych latach posługiwałem się jako tako.

- Na pewno posiada Pan inne zainteresowania oprócz szachów, mógłby Pan je przybliżyć?

- Praca na Politechnice, potem w redakcji oraz gra w szachy i działalność w PZSzach i FIDE ograniczyły siłą rzeczy moje zainteresowania w innych dziedzinach. Jednakże przez wiele lat zaczytywałem się w książkach historycznych oraz lubiłem czytać historie życia wybitnych ludzi w wielu dziedzinach. 

Poznałem też życiorysy oraz drogi życiowe prawie wszystkich wybitnych szachistów świata.  Spotkałem się ze wszystkimi mistrzami świata w szachach od Maxa Euwe do Viswanathana Ananda na gruncie prywatnym i szachowym. Z trzema z nich grałem partie turniejowe, a ze wszystkimi analizowałem różne pojedynki. Podobnie zetknąłem się ze wszystkimi prezydentami FIDE poczynając od Folke Rogarda do Kirsana Iljumżinowa.  Poznałem też i rozmawiałem bezpośrednio z prezydentami czy liderami wielu państw.

- Dziękuje za rozmowę!

Odpowiedz z dnia 01-06-2009 r.

Wywiad przeprowadził: Albert Jakubiak

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Your are currently browsing this site with Internet Explorer 6 (IE6).

Your current web browser must be updated to version 7 of Internet Explorer (IE7) to take advantage of all of template's capabilities.

Why should I upgrade to Internet Explorer 7? Microsoft has redesigned Internet Explorer from the ground up, with better security, new capabilities, and a whole new interface. Many changes resulted from the feedback of millions of users who tested prerelease versions of the new browser. The most compelling reason to upgrade is the improved security. The Internet of today is not the Internet of five years ago. There are dangers that simply didn't exist back in 2001, when Internet Explorer 6 was released to the world. Internet Explorer 7 makes surfing the web fundamentally safer by offering greater protection against viruses, spyware, and other online risks.

Get free downloads for Internet Explorer 7, including recommended updates as they become available. To download Internet Explorer 7 in the language of your choice, please visit the Internet Explorer 7 worldwide page.